Monika – Dawca przeszczepu

Monika

Miało to miejsce w czerwcu zeszłego roku -najpiękniejszy dzień w życiu- zostałam dawcą komórek macierzystych z krwi obwodowej potocznie zwanych szpikiem.
Pewnego dnia do mojego dawnego liceum , jak co roku przyjechała Drużyna Szpiku by opowiedzieć nam o dawcach, biorcach i procedurach rejestracji i przeszczepu. Była tam jak zawsze pani Maria Homan- tak opowiadała, ze nie widziałam innej opcji jak rejestracja. Był to ważny krok nie tylko dla potrzebujących ale i mojej rodziny ponieważ w dzieciństwie moja mama chorowała na białaczkę i to właśnie niespokrewniony dawca podarował jej nowe zdrowe życie. Dzień po 18 urodzinach już zamówiłam pakiet.
Rejestrując się w bazie potencjalnych dawców nie myślałam nigdy, że kiedykolwiek ktoś będzie mnie potrzebować. Pewnego zimowego wieczoru zadzwonił telefon.Zgodziłam się bez namysłu. Pobiegłam ile sił w nogach by powiedzieć rodzicom co się stało. Wszyscy płakali-były to łzy szczęścia i dumy. Szybka ankieta zdrowotna i kilka dni później miałam już pierwsze badania krwi. Gdy wszystko było w porządku i typizacja wykazała 100% zgodności z biorcą, przygotowywałam się do kolejnego etapu czyli tzw. badania wstępne. Obejmują one wywiad z lekarzem prowadzącym pobranie, EKG, RTG, USG i kompleksowe badanie krwi i moczu. Jak to w życiu bywa było zbyt pięknie i za prosto. Z blizniakiem genetycznym mamy to chyba w genach by komplikować sobie życie, bo i ja i on mieliśmy jakieś nieprawidłowości w wynikach i procedura została przerwana. Czułam się strasznie winna i przepłakałam cały ten czas. Trzymałam kciuki za Braciszka. Aż pewnego majowego wieczoru zadzwonił najprzyjemniejszy telefon, że wszystko w porządku i zaczynamy ostatni najpiekniejszy etap czyli pobranie. Nie mogłam usiedzieć na miejscu. Byłam gotowa tu i teraz, jednak niektóre badania trzebabyło powtórzyć, gdyż ważność kończy się już po kilku dniach.
Zaczęły się zastrzyki 2x dziennie z czynnikiem wzrostu białych krwinek. Potwornie boję się igieł, ale czego się nie robi dla Brata.
Nadszedł ten dzień-najpiękniejszy w życiu- o 7:00 ostatni już zastrzyk w klinice i chwilę później :”zapraszam Monikę z mamą na 2.piętro”. Czułam się jak królowa,bo tak super się mną zajęto, a mama była bohaterką na oddziale. Nie każdy ma dane w życiu by być biorcą i poniekąd dawcą (przez córkę) jednocześnie. Miałam swój przyszykowany pokoik, a w nim fotel i maszyna,ktora separuje krew na komórki macierzyste, osocze, krwinki czerwone i inne „śmieci”. I zaczęło się. Najdłuższe 6 godzin w życiu- cała krew przefiltrowana ponad 3 razy i jest- 235ml nowego życia, które w ciągu 72h trafiło do brata ,aż zza oceanu(USA). Jeszcze do mnie nie dociera to co się stało, ale jeżeli miałabym kolejną taką okazje to zgodzę się bez wahania, bo to nic nie kosztuje,a radość i emocje większe niż na najszybszym rollercosterze. Jeśli się jeszcze nie zarejestrowałeś/aś to zapraszam bo uczucie jest nie do opisania.

Gdy zakończył się proces oddawania szpiku i mój organizm się unormował tj krew i „szpik” wróciły do swojego poziomu (podczas podłączenia do maszyny podaje się czynnik rozrzedzajacy krew by nie było skrzepów w maszynie) ,zrobiłam sobie tatuaż z uwiecznieniem tego wydarzenia. Jest to tak ogromna radość że chętnie każdemu opowiadam jak to było. Pracuję na kasie więc dużo klientów jest tym tematem zainteresowana widząc moje „uwiecznienie” na ręce.

Pozdrawiam
Monika Kowalczak