Arek Grząka wspomina

Puchar Polski w Dogtrekkingu – Złoty Stok 16-5-2009

Złoty Stok był drugimi zawodami w pucharze Polski . Miał to być taki pośredni pomiędzy nizinnym etapem a górskim . Jak się później okazało miał być bo wcale nie było łatwo ,ale po kolei. Do Złotego Stoku przyjechaliśmy już dzień wcześniej , ponieważ start był wcześnie ,a trzeba było się wyspać.Zdążyliśmy się zameldować i pozwiedzać jeszcze okolice , Złoty Stok ma fajną atrakcje stara kopalnia Złota, polecam każdemu zwiedzenie tej kopalni .Jakie było nasze zdziwienie jak na nasze pytanie czy możemy tam wejść z psem nikt nie zrobił nawet najmniejszego problemu , to taki mały bonus dla tej miejscowości ,właściwie źle mówię jest to bardzo duży bonus,ponieważ coraz więcej jest psich zakazów. Start był o 9 rano , więc pobudka musiała być dość wcześnie ,aby się odpowiednio przygotować, przed startem wiedzieliśmy tylko że mamy do pokonania 44 kilometry ,że trasa będzie przeważnie szlakami no i że końcówka będzie przebiegać przez kopalnie. Pogoda była kiepska, było chłodno ale to akurat nie przeszkadzało, najgorsze jak pada ,a padało i za bardzo nie zapowiadało aby miało przestać.Wystartowaliśmy i jak to bywa od razu ostro pod górę , ale byliśmy wypoczęci więc można było biec Jak się można było spodziewać biegiem wystartowała kilkunasto osobowa grupa.Moim celem było trzymać się czołówki jak najdłużej się da ,nie byłem zbyt dobrze przygotowany ,ponieważ na co dzień biegamy po płaskim, a górek żadnych w pobliżu nie ma i nigdy nie biegałem po górach nawet małych.Mijały kolejne kilometry oraz kolejne punkty kontrolne ,nim się zorientowałem biegliśmy we dwójkę tzn ja i Robert , razem się biegnie lepiej , łatwiej znaleźć punkty kontrolne , a było ich 12 , no i niektóre nieźle ukryte były, na 5 punkcie mieliśmy problem , oznaczenie punktu było bardzo nieczytelne i trochę potrwało za nim nam się udało go zlokalizować , w tym czasie dogonił nas dwu osobowy pościg , dalej biegliśmy jakiś czas we czwórkę,ale że pościg miał wolniejsze psy to za nami nie nadążali więc uciekliśmy im. Kolejną niespodzianką na jaką trafiliśmy był brak oznaczenia punktu kontrolnego , przez to straciliśmy ok 30 minut i ładnych parę kilometrów , bo jakiś dowcipniś po prostu urwał punkt kontrolny , w tym miejscu oczywiście znowu nas dogoniono. Deszcz padał coraz mocniej , a my byliśmy coraz bardziej zrezygnowani ,właściwie my nie, to Robert miał dość i nie chciał biec , z lekka się ucieszyłem , jak po porozumieniu telefonicznym z organizatorem ustaliliśmy że tego punktu nie ma i dostaliśmy pozwolenie na opuszczenie tego punktu bez hasła, ja pobiegłem dalej a Robert mimo że nie chciał , to nie mógł pozwolić aby ktoś mu zagroził i chcąc nie chcąc musiał biec , więc biegliśmy dalej , mijały kolejne kilometry a my albo ostro pod górę ,albo ostro z góry .Byliśmy coraz bardziej zmęczeni i do tego ten deszcz ciągle padał.Najgorsze z tego deszczu było to ,że było bardzo ślisko i można było nieźle się potknąć. Biegło się dobrze bez żadnych większych kryzysów , moja Nala nie wykazywała żadnych oznak zmęczenia , to przez te ciągłe zatrzymywania , a przez dużą wilgotność powietrza nie chciała nawet za dużo pić. Schody zaczęły się na ok 10 km do mety ,było podejście takie że niemal na czworaka było trzeba podchodzić i tutaj Robert mi uciekł , w tym momencie wyszedł mój brak doświadczenia w biegach górskich, ale co tam skończyło się podejście dalej było mocno w dół , po paru kilometrach dogoniłem jeszcze Roberta , ale atmosfera była taka z lekka dziwna , nerwówka hi hi . Zastanawiałem się tylko kiedy Robert zacznie finiszować i za długo nie musiałem czekać z mapy wynikało że do mety ok 5 kilometrów i w tym momencie zaczął finisz ja starałem się trzymać go długo ale niestety nie wytrzymałem . Robert jest czołowym zawodnikiem w canicrosie biega od dawna więc nie mogłem się do niego przyrównywać i odpuściłem bo wiedziałem że i tak nie dam rady. Dalej biegliśmy już sami mijając ludzi którzy uczestniczyli w Dogtrekkingu na dystansie krótszym czyli ok 22 km . Biegliśmy już spokojnie , podziwiając piękne tereny , biegło się łatwo bo było cały czas z górki w końcu dobiegliśmy prawe do końca , a tu niespodzianka trzeba było zejść do takiego wąwozu i tym wąwozem dojść do kopalni ,w której umieszczony był ostatni punkt kontrolny. Narobiliśmy niezłego zamieszania w okolicach kopalni jak i w niej ponieważ było bardzo dużo turystów zwiedzających kopalnie , wzbudzaliśmy niezłe zainteresowanie turystów . Po wyjściu z kopalni pozostał jeszcze może kilometr do mety ,do której spokojnie dotarliśmy 7 minut po Robercie . Na mecie byliśmy bardzo szczęśliwi nie tyle że drudzy ale że jesteśmy bo na takiej trasie mogło być różnie. Ogólnie zawody uważam za bardzo udane , bardzo fajna atmosfera panująca na zawodach i po. Wieczorkiem ognisko i mała imprezka na zakończenie fajnego weekendu. Kolejne zawody to będzie etap nocny w Lubieszowie już się boję co to będzie.

.: Fotki :.

Puchar Polski w Dogtrekkingu – Lubieszów 19-7-2009

Do Lubieszowa jechałem pełen obaw , dlatego że to etap nocny ,dlatego że to jest teren mojego głównego rywala i z góry założyłem że nie mam szans bo on ten teren zna jak własną kieszeń, no i bardzo bałem się że zabłądzę i wrócę w południe następnego dnia. Start był o 22 więc mogłem przyjechać do Lubieszowa tego samego dnia , Lubieszów to taka wioska na skraju wielkiego lasu ,ładnie się zaczyna pomyślałem , do tego nad nami zawisły ciemne chmury nie zwiastując niczego dobrego . Po chwili się zaczęło ,burza za burzą przez kilka godzin lało ,grzmiało ,padało i to bardzo mocno ,nic nie zapowiadało aby miało przestać . Rozmawialiśmy nawet między sobą że jak tak dalej będzie to chyba odwołają lub powinni odwołać, bo w tym lesie będzie niebezpiecznie .Naprawdę takiej burzy dawno nie przeżyłem, strasznie było.Na szczęście do wieczora było jeszcze dużo czasu i z czasem zaczęło się przejaśniać ,aż w końcu to wszystko przeszło, ale deszcze jak się potem okazało zaraz po starcie wrócił i nie opuścił już nas do rana. Start wyglądał bardzo widowiskowo, wielka grupa świetlików do tego jeszcze świeciły odblaski z ubrań wyglądało to wszystko nieźle . Po starcie biegliśmy bardzo dużą grupą razem ,trochę z obawy przed zabłądzeniem no i w grupie zawsze raźniej.Początek przebiegał przez okoliczne miejscowości wiec nie było tak źle grupa biegaczy była dość duża.Pierwsza wielka wątpliwość powstała po drugim punkcie kontrolnym , kilka osób z którymi biegłem zatrzymało się aby zlokalizować miejsce z mapą i ustalić dalszą drogę ,mieliśmy wątpliwości w prawo czy w lewo ,z mapy, a była ona tragiczna , kserówka jakieś nieczytelnej mapy . Ja na początku nic z niej nie wiedziałem ,były to dla mnie czarno białe kreski nic nie znaczące , na szczęście w grupie były osoby ,które bardziej rozumiały tą mapę .W czasie jak czytaliśmy mapę przebiegł koło nas Robert i kilka osób myśląc jak ja ,że on zna teren pobiegło za nim . Ja postanowiłem zastanowić się dokładnie i iść zgodnie z mapą. Nie chciałem biec za Robertem bo wiedziałem że jest szybki i u siebie i może mnie zgubić gdzieś więc wolałem być z grupą . Nie zakładałem żadnej strategii na bieg oprócz takiej ,aby dobiec i nie pobłądzić. Po ustaleniu kierunku pobiegliśmy do trzeciego punktu kontrolnego i jak się potem okazało był to najgorszy odcinek drogi , troszkę nam czasu zajęło zanim dotarliśmy to niego . Po minięciu tego punktu wydawało się, że dalej będzie łatwiej nawigacyjnie ,bo nie było już tak ciasno na mapie .Grupa biegowa trzymała się nadal cała mimo że deszcz coraz bardziej padał , humory dopisywały .Przebiegając koło wysokiej kukurydzy ktoś powiedział, że czuje się jak w horrorze , jeszcze by tylko brakowało aby jakieś monstrum z siekierą wyskoczyło. W takim radosnym nastroju dobiegliśmy do kolejnego punktu kontrolnego , ja w tym czasie zacząłem przyśpieszać i gubić kolejnych towarzyszy .Nie że chciałem, tylko tempo biegu było za wolne dla mnie, za nim się obejrzałem to to biegłem już sam Przede mną było jeszcze ok 30 km więc tak naprawdę to zabawa się dopiero zaczynała ,ale z mapy widziałem że najgorsze jest za mną. Biegliśmy spokojnie nikogo nie goniliśmy i przed nikim nie uciekaliśmy ,myślałem że Robert jest daleko do przodu i nawet nie próbowałem przyśpieszać ,po prostu chciałem wykonać swój plan. Po kilku kilometrach ciągłego biegu dogoniłem dziewczynę ,która szła i to mnie utwierdziło że dużo czasu straciliśmy na szukanie trzeciego punktu kontrolnego i że tym bardziej nie ma sensu gonić Roberta . Postanowiliśmy pokonywać dalszą trasę bynajmniej do czasu aż zbliży się pościg razem , a że koleżanka nie biegała za bardzo to poszliśmy na kompromis i pokonywaliśmy trasę marszobiegiem. W taki miłym towarzystwie pokonaliśmy dość długi odcinek ,w pewnym momencie Natalia powiedziała że jesteśmy pierwsi ,hm mówię że przecież to nie możliwe a ona że na punkcie trzecim była pierwsza i nikt jej nie wyprzedzał że ja pierwszy ją dogoniłem ,myślę sobie że to by było zbyt piękne aby mogło być prawdziwe i tak trochę nie do końca wierząc w to co mówi pokonywaliśmy trasę cięgle się oglądając za pościgiem.Gdzieś na 15 km przed metą zobaczyliśmy za nami błyskające światełka ,więc pożegnałem Natalie i ruszyłem ostro bo teraz to już musiałem uciekać , zawsze była ta szansa że jestem pierwszy ,biegliśmy dość szybko uciekając światełkom które już nie były tak mocno widoczne odnajdywałem kolejne punkty biegło się coraz lepiej .Pod koniec na ok 6 km przed metą miałem problem z mapą po pierwsze zmokła mi tak że nie mogłem odczytać ,bo zmokła akurat w tym miejscu w którym byłem .Postanowiłem zrobić postój przy okazji dać Nali pić .Szczerze mówiąc miałem dwie możliwości bardziej prawdopodobną drogę prosto lub lekko w lewo ,w tym czasie co się zastanawiałem zobaczyłem światełko ,tym razem postanowiłem nie uciekać przed nim tylko poczekać .Jakież było moje zdziwienie gdy tym światełkiem okazała się Natalia ,ucieszyłem się ona chyba też i poszliśmy drogą bardziej prawdopodobną i była to dobra droga. Dalej szliśmy już razem. Do samej mety już nikt nas nie dogonił ,po drodze wpadliśmy jeszcze prawie po pas w błoto bo cała droga była mokra, śliska i błotnista . Na mecie byliśmy coś po czwartej ,cisza spokój tylko sędziowie czuwali ,jak nas zobaczyli powiedzieli że nareszcie mają coś do pracy i że jesteśmy pierwsi.Natalia w kategorii kobiet ja w mężczyzn , to co wtedy poczułem to naprawdę super uczucie,warto było tyle godzin w deszczu i błocie.Robert jak się później okazało zabłądził gdzieś na samym początku i w efekcie przyszedł jako trzynasty mężczyzna ,dwudziesty szósty ogólnie dwie godziny po nas 🙂

.: Fotki :.

 

Puchar Polski w Dogtrekkingu Finał – Brenna 5-9-2009

Do tej chwili nie myślałem o tym, że mogę zdobyć puchar , ale po Lubieszowie jak spojrzałem na punktacje wszystko na to wskazywało , a w momencie jak organizator zaczął coś zmieniać w zasadach naliczania punktów przed Brenną lekko się zaniepokoiłem, ale zostało wszystko wyjaśnione powiedzmy pozytywnie . Do Brennej jechałem już z zamiarem powalczenia ,z punktacji wychodziło tak, że jak wygram etap w Brennej to wygram Puchar jak będę drugi lub kolejne miejsca to i tak w pucharze będę drugi .Do tego etapu przygotowywałem się bardzo solidnie ,nawet w wakacje byłem zrobić rekonesans trasy ,ponieważ w tym etapie jako jedynym trasa była podana już wcześniej ,więc można było zapoznać się z trasą a nawet trochę potrenować na samej trasie. Po przyjeździe do Brennej i zameldowaniu się na polu namiotowym , zobaczyłem pewnego człowieka z psem który już po samym wyglądzie ,prezentował się groźnie ,tym człowiekiem okazał się Romek Balaż Czech czołowy zawodnik w biegach górskich oraz w biegach z psem ,jak z nim potem rozmawiałem to dowiedziałem się że maraton górski robi w niecałe trzy godziny. No to pozamiatane sobie myślę Romek będzie pierwszy Robert drugi a ja ?? się okaże W pierwszej chwili byłem zły że się pojawił ,ale po chwili dotarło do mnie że Robertowi brakuje do pierwszego miejsca tyle punktów ,że musi być pierwszy jak będzie drugi to puchar jest mój. Czyli moje pierwsze miejsce rozegrało się pomiędzy Romkiem , a Robertem. Pobudka w dniu startu miałem o 4:30 musiałem dać psu jeść, bo pies nie powinien zaraz po jedzeniu biegać , pogoda była niezła jak na tą porę roku w górach pokrycie chmur 100 % ,zimno ale najważniejsze nie padało, niestety ten stan pogodowy nie trwał długo i o 6 rano zaczęło padać i to dość intensywnie. Start więc nastąpił w deszczu , mnie generalnie deszcz nie przeszkadza ,najgorzej jest rozebrać się i zmoknąć ,jak już się ruszy to jest gorąco. Początek był bardzo trudny bo było to kilka kilometrów dość ostro pod górę i na tym odcinku poukładały się miejsca czołowe ,ja trzymałem się dość długo ale tempo narzucone przez Romka było dla mnie zabójcze i musiałem pod koniec tego podbiegu niestety odpuścić bo priorytetem było przebiec a nie wykończyć się na samym początku. Jak zwolniłem to wydawało mi się że wyprzedziło mnie ok 15 zawodników ,ludzi których nie znałem ,nie powiem moja psychika trochę na tym ucierpiała ale cały czas miałem na myśli że drugie miejsce jest też super .Tak sobie biegliśmy już swoim tempem w deszczu nie myśląc o ściganiu bo przecież było już pozamiatane,tuż przed pierwszym punktem kontrolnym dogonił mnie jakiś zawodnik , po rozmowie okazało się że groźny bo mało że kolejny z przeszłością biegową to mieszkaniec Brennej ,który tu na co dzień trenuje.Po spisaniu hasła on poszedł inną drogą,a ja też inną tym sposobem udało mi się go zgubić , dalej biegliśmy szczytami więc nie było już tak ostrych podbiegów , za to były jeszcze gorsze zbiegi , bardzo dużo kamieni zmieszanych z błotem ,oj ciężko było na tych zbiegach ,mało że trzeba było uważać aby się za bardzo nie rozpędzić to jeszcze te kamienie .Szlak prowadził w dół na samą przełącz gdzie był kolejny punkt kontrolny , chwilę wcześniej dogonił mnie wieloosobowy pościg , znowu okazało się że są to biegacze górscy i do tego miejscowi , dalej był najgorszy etap ,czyli podejście na Klimczok ,niemal pionowa ściana , tu pokazali co potrafią biegacze górscy ja z Nalą musieliśmy iść ,oni zresztą też szli lecz oddalali się bardzo szybko .Wspomnę tylko że oni mieli psy specjalnie hodowane do ścigania oraz haskie które bardzo ładnie ciągły ,w przeciwieństwie do Nali bo Nala nigdy nie ciągła tylko biegnie swobodnie przede mną . Sam fakt że i tak jestem w generalce w najgorszym wypadku drugi zabijał we mnie chęć walki ,zresztą co komu dadzą chęci skoro nie ma sił . W końcu wspięliśmy się na ten nieszczęsny Klimczok w schronisku był punkt do spisania , tutaj też dzięki temu że popsuł mi się zamek od plecaka straciłem podium choć jeszcze wtedy tego nie wiedziałem, na szczęście w małej kieszonce początkowo próbowałem go naprawić a jak już nie szło to musiałem przepakować do innej , przez to wszystko straciłem trochę cennych minut . Wtedy tego nie wiedziałem i myślałem o tym aby zmieścić się w trzech godzinach a że zostało mi ok 35-40 minut więc dalej to już musiałem zasuwać, było już prawie z górki, tak się rozpędziliśmy że zaczęliśmy doganiać wszystkich co nas powyprzedzali przed Klimczokiem ,brakowało mi jeszcze tylko tego zawodnika co mnie dogonił przed pierwszym punktem , tego co mieszka w Brennej.Nie wiedziałem który mogę być liczyłem że zmieszczę się w pierwszej dziesiątce , jakież było moje zdziwienie jak na mecie okazało się że jestem ….4 niestety i tylko a może aż 7 minut za tym zawodnikiem z Brennej.Gdyby nie ten plecak ehhh , było by podium ,ale ale tak się rozmyśliłem że nawet zapomniałem spytać kto był pierwszy , jak się okazało Romek nie dał cienia szans Robertowi i dzięki temu w generalce zająłem pierwsze miejsce i jest to nie wątpliwie największy sukces w moje krótkiej biegowej karierze. Generalnie zawodami jestem zachwycony na pewno tego typu zawody są dużo ciekawsze niż biegi uliczne ,szkoda tylko że jest tak mało imprez tego typu w naszej okolicy.

.: Fot

 

Pozdrawiam
Arkadiusz Grząka