Kornelko trzymaj się !

My na Szpitalnej.. Obecnie na oddziale endokrynologii.
Zaczęło się w niedzielę wysoką gorączką, wieczornym bólem brzucha i odruchami wymiotnymi.. Żadnego kaszlu czy kataru.
W poniedziałek gorączka 40 stopni – ciężka do zbicia i żadnych już innych objawów. Po południu lekarz rodzinny wysłał nas do Szpitala na diagnostykę i wykluczenie Covid..
Trafiliśmy na oddział zakaźny. Pierwsze wyniki morfologii dostałam po północy i serce mi zamarło.. Leukocyty 20 tysięcy, rozmaz „rozjechany” w każdą stronę, inne wyniki niektóre też poodchylane, wysokie CRP…
Byłam tak zmęczona fizycznie i psychicznie, że wpadłam w panikę.. Łzy poleciały same, a w głowie same najgorsze myśli.. Że zaraz jak przyjdzie wynik korona to przeniosą nas na onkologię.. Mąż dostał opieprz ode mnie przez telefon za to, że taki spokojny – bo dla niego są to wyniki „infekcyjne”.
Po chwili przyszedł pielgniarz podłączyć antybiotyk, a lekarz dyżurny poinformował mnie, że wyniki wskazują na silne zakażenie bakteryjne.. Strach oczywiście się pojawił, ale i ulga…
Rano Neli zrobiono USG brzucha i wyszły zmiany mogące faktycznie wskazywać na to, że w jelitach jest jakiś stan zapalny. Potem mnie również pobrali wymaz na Covid i kiedy pod wieczor okazało się, że jesteśmy ujemne znaleźli nam miejsca właśnie na endokrynologii gdzie nastepnego dnia rano zobaczyłam juz bardziej „normalną” morfologię i znów trochę się uspokoiłam.
Tak więc leżymy sobie i zwalczamy antybiotykami bakterie. Gorączka minęła, apetyt nadal średni, ale humorek całkiem ok. W poniedziałek mamy mieć badania kontrolne oraz jeśli się uda to USG i jak wszystko będzie dobrze to puszczą nas do domu.
Przyznam, że pobyt w szpitalu w czasach pandemii jest jeszcze trudniejszy niż normalnie..
Siedzimy w pokoju, nie można wyjść do świetlicy na oddziale, ani nawet skorzystać z kuchni za oddziale. Panie pielęgniarki na szczęście bardzo miłe i pomocne. Jak poproszę to wszystko przyniosą z lodówki, odniosą, zaleją kawę, podgrzeją.. Też mają teraz więcej pracy. Mąż nie ma wstępu do szpitala. Może coś tylko podrzucić do szpitala, ja oddać rzeczy do prania, ale to w drzwiach szpitala za pośrednictwem ochrony.. Jedzenie też ciężej sobie zorganizować, dobrze że jest opcja zamówienia obiadu z bufetu z dostawą pod oddział.. I nawet na chwilę nie może wyjść na zewnątrz..
Moje marzenie to wyspać się w domku. Tutaj trzeba wstać o 6 rano i cały dzień siedzieć na krześle.. Kręgosłupa juz nie czuję po tym tygodniu..
Ciężko jest.. Fizycznie i psychicznie. Powrót tutaj wiąże się ze wspomnieniami i strachem..
Boję się i zawsze juz będę się bała.. Ale tak mają chyba wszystkie onkomamy..
Mam nadzieję, że w poniedziałek napiszę kolejnego posta. Z domku 

Źródło – Tutaj