O powrotach nasza Zuzia

{ W KRAINIE LUSTER – czyli o powrotach }

Jakiś czas temu pisałam o rozstaniach, które kojarzą nam się najczęściej negatywnie. Dziś natomiast chciałabym poruszyć temat powrotów, a więc, wydawać by się mogło, bardzo przyjemnych doświadczeń. Gdy po całym dniu pracy czy nauki, nareszcie wracamy do domu, czujemy ulgę. Kiedy zbliża się termin powrotu do domu ze wspaniałych, długich wakacji, mimo że żałujemy, później zaczynamy się cieszyć, bo przecież „wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”. Jeśli czeka na nas jakiś zwierzak, w chwili otwarcia drzwi szaleje z radości, bo nareszcie wróciliśmy. A jak wygląda sytuacja z powrotami do rzeczywistości? Czy faktycznie zawsze jest wesoło?

Może zacznę od początku. Gdy w sierpniu dowiedziałam się, że leczenie szpitalne zostało zakończone, nie potrafiłam się cieszyć – rozwinęłam ten temat w jednym z poprzednich wpisów. W pierwszej chwili nie mogłam uwierzyć, że wygrałam, ale gdy oswoiłam się już z tą myślą, pojawił się inny problem. Wiedziałam, że ostateczne „pożegnanie się” z Oddziałem spowoduje, że nie będę mogła widzieć się z moimi Oddziałowymi Aniołami. Zaczęłam tęsknić, tak po prostu. Na szczęście nie trwało to długo, bo zaczęliśmy łapać kontakt przez Facebooka czy Messengera, więc starałam się orientować, jak przebiega Ich leczenie i regularnie pytałam, co słychać. Następny problem został więc rozwiązany, dlatego mogłam pójść o krok dalej. Kolejna rzecz nie była już taka łatwa do przepracowania, jak dwie poprzednie. Moje Oddziałowe Bratnie Dusze, z którymi rozmawiałam, żartowałam, śmiałam się i płakałam – zaczęły odchodzić. Szok, bo o wiele za wcześnie. Niedowierzanie, bo jeszcze kilka godzin temu życzyliśmy sobie nawzajem miłego dnia. Frustracja, bo nie potrafiłam zrozumieć logiki tego świata. I wreszcie żal, bo nie było mnie przy Nich wtedy, kiedy najbardziej mnie potrzebowali.

Oddział nauczył mnie, że bez względu na dojrzałość, inteligencję czy wiek, śmierć jest nieoswajalna. Każde pożegnanie należy do tych najtrudniejszych, ponieważ oprócz konieczności zaakceptowania myśli o odejściu bliskiej nam osoby, dostajemy w pakiecie także pytanie, które nurtuje nas każdego dnia: dlaczego on, a nie ja? Staram się nie odpowiadać sobie na to pytanie, wielokrotnie doszłam już do wniosku, że są pewne obszary niedostępne dla ludzkiego umysłu, dlatego nie mogę znaleźć jednoznacznej odpowiedzi. Mimo to, pytam siebie czasem, bo chcę, by ktoś zapewnił mnie, że dokładnie tak miało być, a Oni odeszli, bo wykonali misję, a nie ze względu na błąd Purpurowego Zegarmistrza Światła.

Ale wróćmy do sierpnia i wieści o zakończeniu leczenia. Sierpień poprzedza wrzesień, a we wrześniu zaczyna się rok szkolny. Może zabrzmi to dziwnie, szczególnie dla uczniów, ale po ośmiu miesiącach naprawdę tęskniłam za szkołą, siedzeniem w ławce i interakcją z rówieśnikami. W szpitalu odbywały się lekcje, a gdy byłam w domu – nauczyciele z mojej szkoły przyjeżdżali do mnie, chociaż lekcje częściej odbywały się przez Skype’a. Wiadomo, że nie jest to równoznaczne z obcowaniem z żywym człowiekiem, ale jakoś dawałam radę. Miałam ogromną nadzieję, że nic nie będzie stało na przeszkodzie temu, bym od września rozpoczęła naukę w liceum, które, swoją drogą, od zakończenia szkoły podstawowej było moim największym marzeniem. Jak zwykle, życie zweryfikowało moją wiedzę oraz przekonania i podczas jednego ze spotkań z moją Panią Doktor dostałam informację, że przez pierwszy semestr pierwszej klasy liceum dobrze byłoby zapewnić sobie nauczanie indywidualne, ze względu na możliwość przemęczenia, związanego z ogromem nauki, porę roku – jesień otwiera przecież sezon infekcyjny – oraz intensywne tempo życia licealisty.
Szczerze mówiąc, nie chciałam o tym słyszeć, ponieważ byłam nastawiona na powrót do szkoły. Pracowałam nawet nad swoim dyskomfortem, związanym z krótkimi włosami, nie czułam się w nich swobodnie, ale plus był taki, że odrosły na tyle, bym nie musiała nosić już chusty. Podłamała mnie wizja tego, że przez kolejnych 6 miesięcy będę przebywać w domu. Wtedy przypomniała mi się rozmowa z Panią Profesor, która miała miejsce zaraz po poznaniu diagnozy. „Nie możesz skupiać się na tym, co choroba Ci zabiera. Patrz na cel – na to, co Ci daje” – te słowa dały mi tak ogromną dawkę energii, że podjęłam decyzję, że pójdę do szkoły, pomimo zakazu.

Nie chciałam sprzeciwiać się Pani Doktor, ponieważ ogromnie ją szanuję i doceniam wszystko, co dla mnie zrobiła i na pewno jeszcze zrobi. Jednak decyzję o rozpoczęciu nauki w liceum od września traktowałam trochę jak osobiste wyzwanie. Okropnie się bałam, jasne, że tak. Po ośmiu miesiącach przerwy, nauka w szkole i to jeszcze nowej – nie lada wyzwanie dla zdrowej osoby, a co dopiero dla trochę zawstydzonej, mimo wszystko, osłabionej leczeniem. Oczywiście, moja chęć rozpoczęcia nauki od września wiązała się z wieloma rozmowami z Mamą, która martwiła się o mnie i nie chciała, bym sprzeciwiała się lekarzom. Nie zgadzała się bardzo długo, czasem nawet dochodziło między nami do kłótni z tego powodu. Jednak kiedy szukała u kogoś wsparcia, ciągle słyszała: „to są Twoje lęki, nie jej. Ona już wystarczająco się w tym domu nasiedziała”. Mama więc ostatecznie uległa, ale Pani Doktor nadal uważa, że lepiej by było przez ten pierwszy semestr odpocząć. No cóż, za moment i tak się skończy.

Czasem zastanawiam się, dlaczego właściwie podjęłam taką decyzję, obarczoną przecież ogromnym ryzykiem. Najprostsza motywacja – miałam już dosyć odizolowania od świata i chciałam w końcu wyjść do ludzi. Uważam jednak, że przyczyna sięga nieco głębiej – po pokonaniu nowotworu udowodniłam samej sobie, że bardzo często pozytywne nastawienie jest połową sukcesu. W połączeniu ogromnej motywacji z odpowiednim leczeniem, udało mi się wyzdrowieć. Dlaczego więc miałabym nie poradzić sobie w szkole?

Aktualnie chodzę do szkoły i czuję się świetnie. Nie mam żadnych problemów z koncentracją, funkcjonuję zupełnie normalnie i – co najważniejsze – po samopoczuciu sprzed rozpoznania nowotworu nie ma już żadnego śladu. Jednak to jest tylko jedna strona medalu. Codziennie rano, gdy stoję na przystanku, myślę sobie, czy Panie Pielęgniarki przyszły już do sal, aby pobrać krew do badań, później zastanawiam się, czy lekarze badali już moje Słońca i ile nowych twarzy zobaczyłabym na Oddziale, gdybym przeszła się korytarzem. Myślę o nich bardzo często i ciepło, mają specjalne miejsce w moim sercu na zawsze. Ci, których Anioł Śmierci przytulił zbyt wcześnie, naprawdę wiele mnie nauczyli. To, co w istocie istnienia Oddziału podoba mi się najbardziej to fakt, że tam nikt nie wstydzi się powiedzieć komuś: „dobrze, że jesteś”, bo traktujemy siebie nawzajem jak dary i to jest piękne.

Moja determinacja, odwaga i chęć niesienia pomocy pozwalają mi bardzo mocno wierzyć w to, że kiedyś wrócę do Was, moi Kochani Wojownicy, jako lekarz. Ciągle powraca do mnie pytanie, dlaczego ja już mam szansę na realizację swoich marzeń, a Wy jeszcze nie. Jednak uwierzcie mi, proszę, na słowo: dzisiaj – ja, a jutro – Wy.