Rak to nie wyrok!

Nasz Olek!
Rak to nie wyrok!

Poniedziałek rano… nie wszystkim się chce… a większości się NIE CHCE…
Pogoda za oknem też raczej nie sprzyja jakiemukolwiek „chceniu”… i w taki dzień właśnie przedstawiamy Wam Olka- jednego z naszych szpikowych biegaczy. Nikt lepiej niż on sam, nie opowie swojej historii. Przeczytajcie, obejrzyjcie zdjęcia…

A dla Ciebie Olku ogromne DZIĘKUJĘ za te opowieść, za żywy przykład i motywację, za czas. DOBRZE, że z nami JESTEŚ

„Cześć, mam na imię Olek. Kiedy to piszę mam 45 lat. Od przeszczepu szpiku minęło dokładnie 10 lat i 4 miesiące. Kupa czasu ale dokładnie pamiętam dzień i moment w którym usłyszałem słowa guz, nowotwór, białaczka. Każdy chory pamięta tę chwilę. Zanim rozpoczęło się leczenie rozpoczął się proces „diagnostyczny”, ciągnący się niemiłosiernie długo a z każdym dniem sił było mniej. Kiedy w końcu trafiłem na oddział stan określono jako ciężki i rokowania też nie były ciekawe.
Pierwsza chemia i nadzieje na wyzdrowienie, nie dam się, dam radę. Pierwsza ocena efektów leczenia i zawód, jest lepiej ale nie tak jak być powinno. Koniec pierwszej kuracji i początek nowej, „mocniejszej”. Już nie na oddziale dziennym tylko na szpitalnym łóżku. Paskudne samopoczucie ale do przodu, dam radę, już wiem, że celem jest autoprzeszczep.
Po kilkunastu miesiącach szpitalnych przygód trafiam na oddział transplantacji szpiku. Od przyjęcia do wyjścia mijają cztery tygodnie, szybko.
Zaczyna się nowy etap, trzeba na siebie uważać, częste wizyty kontrolne i ciągła obawa o zdrowie, żeby nie złapać infekcji. Zdarzają się niestety dość często, antybiotyki goszczą w domu prawie jak witamina C.
Przypadkiem, jak to często bywa wychodzę na trening biegowy jako osoba towarzysząca. Potykając się o własne stopy, kopiąc się po kostkach pokonuję pierwsze kilometry trochę truchtając, trochę spacerując. Robię to regularnie co dwa dni. Żadnego celu, tak po prostu, żeby trochę wrócić do formy. Po kilku tygodniach mój partner biegowy złapał kontuzję i zacząłem truchtać sam.
Minęły może trzy miesiące i zdałem sobie sprawę, że nie miałem przez ten czas żadnej infekcji, nawet kataru. Ciekawe.
Po sześciu miesiącach przetruchtałem swój pierwszy półmaraton. Baz kibiców, pomiaru czasu, dla siebie po lesie. Może maraton dałbym radę. Najlepiej zapisać się, wszystkim o tym powiedzieć i nie będzie odwrotu. Po dziesięciu miesiącach od rozpoczęcia biegowej przygody ukończyłem swój pierwszy bieg na dystansie 42km 195m. Mogę wszystko.
Zacząłem przygodę z biegami górskimi i nie było już powrotu na asfalt.
Kontakt z naturą połączony z bieganiem okazał się moim „azylem”, pasją i trochę filozofią życia.
Smak ukończenia biegu, który trwa ponad 23 godziny i samotna, biegowa noc w górach – najwspanialsze przeżycie
Biegam cały czas i mam nadzieję jak każdy biegacz, że najważniejszy bieg ciągle przede mną.
Najciekawsze spostrzeżenie zostawię na koniec.
Po opuszczeniu szpitala, zanim zacząłem regularnie uprawiać sport, praktycznie cały czas łapałem przeziębienia, infekcje, które kończyły się przyjmowaniem antybiotyków. Przez ostatnie 8 lat tylko raz zmuszony byłe położyć się do łóżka, grypa obyło się bez leków.
Ruszajcie się zatem, regularnie to chyba pomaga