„Świadectwo” Bernadki

Kochani

siostra Beni Kasia przesłała nam „świadectwo” Bernadki dotyczące oddawania krwi i naszej Drużyny.

To artykuł napisany kilka lat temu

Moja przygoda z honorowym oddawaniem krwi zaczęła się,… hm, niech tylko zerknę w legitymację, bo nie pamiętam. Był to rok 2003 i było lato, piękna pogoda, na mojej drodze stanął ambulans do oddawania krwi, a ponieważ zawsze chciałam oddawać krew, żeby komuś tym pomóc, kto najbardziej potrzebuje – to tak się stało. I od tego dnia staram się być w moim ulubionym autobusie do poboru krwi regularnie, co 3 miesiące. To jest coś wspaniałego, pomóc bezinteresownie drugiej osobie. To naprawdę wciąga i nie wyobrażam sobie, żebym tej mojej krwi nie oddała. Do dziś pamiętam słowa ukochanego Ojca Świętego Jana Pawła II, który dziękował lekarzom za oddanie krwi, która była potrzebna do operacji po zamachu, ponieważ krew przygotowana do zabiegu się nie przyjęła. Gdyby nie krew lekarzy, papież by nie przeżył. Ale pamiętam też dzień kiedy na jednej z akcji zapytano mnie, czy nie chcę zostać potencjalnym dawcą szpiku. Nie zastanawiałam się ani chwili, ponieważ decyzję podjęłam dawno, ale ze względu na brak funduszy w dawnych czasach, nie zawsze można było przeprowadzić odpowiednie badania. Dziś jest już dużo lepiej, pieniędzy znajduje się o wiele więcej. I tak czekam już parę lat na telefon z Poltransplantu, że mój szpik jest komuś potrzebny, że uratuje czyjeś życie.

Potem na mojej drodze stanęła „Drużyna Szpiku”, która jest niesamowita w swoim działaniu. Na początku było nas kilkoro, a teraz nie sposób nas policzyć. Jesteśmy głosem ludzi chorych na białaczkę, z którymi chcemy pokazać, że warto walczyć o każdy dzień życia. Chcemy przełamać wszystkie stereotypy, że oddawanie szpiku boli, że jest niebezpieczne i jest pobierane z kręgosłupa. To nieprawda. Pobranie jest bezpieczne, szpik bardzo szybko się regeneruje i przeszczep jest najczęściej jedynym ratunkiem dla człowieka chorego na białaczkę. To „Drużyna” i ludzie chorzy na białaczkę, ludzie wyleczeni z tego jakże ciężkiego nowotworu, pokazują mi niejednokrotnie, że życie jest piękne, że warto o nie walczyć. Ale ta choroba też uświadamia mi, że bez człowieka drugi człowiek nie przeżyje.

To przecież nic nie kosztuje. Trochę wydłużony krwioobieg, obok maszyna, z którą tak naprawdę można się zaprzyjaźnić, dłuższa chwila, podczas której można pooglądać filmy, a po drugiej stronie ktoś, kto czeka na ulgę w cierpieniu, ktoś, kto walczy o życie, ktoś, na kogo może czeka ktoś bliski, grono, przyjaciół. Ratując życie, robisz coś najpiękniejszego w życiu, coś, czego nie da się opisać i powiedzieć. To coś pozostaje w Tobie. I pewnie jedni Cię będą krytykować, inni stwierdzą, po co to, mnie to przecież nie dotyczy. Uwierz – to coś pięknego, z czego człowiek zdrowy nie zdaje sobie sprawy.

Kiedy oddałam 10 a potem 15 litrów krwi, usiadłam w domu z moim kolejnym odznaczeniem i zaczęłam myśleć – oddałam tyle litrów – super, a z drugiej strony – 10 litrów to jedna operacja na sercu. Ale to też jedno uratowane życie. Może tylko jedno, ale może aż jedno. Tak sobie czasem myślę – dla mnie oddawanie krwi, płytek krwi lub osocza to przyjemność i satysfakcja, że może po raz kolejny uratowałam czyjeś życie.

Krew jest lekiem, którego nie można wyprodukować farmakologicznie, można tylko liczyć na miłość bliźniego. Nie bójcie się, to naprawdę nic nie boli, a może pomóc choremu. Można jeszcze wiele pisać – a może warto to samemu przeżyć.

Zapraszam

Bernadeta Szóstak